1114
8

Windziarz

Wszystkie osoby opisane w niniejszym opowiadanku są zmyślone, tylko ja prawdziwy. Albo nie! 
Wszystkie osoby są prawdziwe, tylko ja zmyślony!

Czułem w sobie moc. Miałem potężne nogi i grubą skórę. Na nosie czułem groźny róg. Galopowałem jakoś tak króciutko, drobnymi kroczkami, ale z mocą. Patataj, patataj, patataj... Między nogami bujała mi się potężna fujara, a ja cały czas myślałem, że jak będę tak galopować to zawadzę przyrodzeniem o trawę. I jakoś tak kuliłem się w sobie. Kuliłem, gdy poczułem, że przednie nogi zamieniają mi się w skrzydła. Czarne wielkie skrzydła. Wystarczyło, że nimi machnąłem, a już wzbijałem się w powietrze! Co za uczucie... Wielka moc, przestrzeń, głęboki oddech, szeroko, szeroko... Spojrzałem w dół. Ziemia mała, drogi małe, lasy małe, a na ich tle zwisała mi między nogami wielka kiełbacha. Przez głowę mi przemknęło, że przecież chyba jestem orłem, a orły nie mają takiego wielkiego, tego, no! I nagle wszystko się skończyło. Walnąłem najpierw głową, a później całym ciałem w jakąś przeźroczystą taflę. Jakby szklaną. Ale bólu nie poczułem. Poczułem natomiast, że się zsuwam po tym szkle, a to szkło zrobiło się jakieś takie ochlapane i śliskie. Z obrzydzeniem pomyślałem, że to sperma jakiegoś poprzedniego orła z olbrzymim kutasem. Zsuwałem się po tej tafli szkła i zsunąłem do wody. Zacząłem się topić, zabrakło mi oddechu, ale nie zabrakło mi oddechu. Płynąłem pod wodą jak ryba, ale nie byłem rybą, tylko wielkim prąciem, które niby to we wzwodzie, ale jednak gięło się i płynęło... jak ryba! 
Pi, pi, pi, pi, pi... Kurwa! Budzik! Chciałem jeszcze przytulić trochę snu, ale ta łajza pikała coraz głośniej. Wiedziałem, że telefon będzie nasilał ten okropny dźwięk i wiedziałem, że jeśli wystawię spod kołdry rękę aby go uciszyć, sen uleci i nie wróci. No i nie wrócił. Otworzyłem oczy. Zorientowałem się w sytuacji. Wanda w kuchni coś garami strzelała. Wylazłem spod kołdry. Zsunąłem nogi na podłogę. Trza wstawać. Do pracy! Wstałem ja. On nie musiał. Stał! Stał jak co rano. Spodnie od piżamy mi sterczały w klasycznym namiocie. Przemknąłem się do łazienki. Dlaczego ja się przemykam??? Dwadzieścia pięć lat małżeństwa, a ja się przemykam! Przecież to durne.
Stoję nad sedesem z opuszczonymi portkami i czekam. Kiedy w końcu opadnie? Napinam się. Kapnęło. W końcu czuję, że wacek wiotczeje. Uff... można się odlać. 
Staję na wadze. Czekam aż literki się uspokoją. Kurwa!
- Ile? - Wanda z kuchni
Zna moje wszystkie przyzwyczajenia
- Sto dziesięć! - odkrzykuję i sięgam na półkę aby włączyć radio
Wanda nigdy nie włącza. Myję zęby i słucham o golach. Jakieś tam wpadły w jakimś tam meczu. Kurwa, jakież ważne wieści! Normalnie żyć się bez tego nie da!
Odkręcam wodę w wannie, i jak co dzień cieszę się, że Wanda kąpała się przede mną, bo kurek ustawiony jest pod odpowiednim kątem. Woda nie będzie ani za zimna, ani za gorąca.
Wyciągam zestaw do golenia. Potrząsam aerozolem, wypluskuję trochę na rękę. Jak co dzień wkurwiam się, że to nie jest pianka, tylko żel. Chwila nieuwagi! Chwila nieuwagi i w Selgrosie zamiast pianki kupiłem żel! Skurwysyny tak samo pakują! I teraz mam dwie wielkie butle żelu zamiast dwóch wielkich butli pianki!
W radiu reklama, że jakiś dworek Tykocin, że życzą pięknej pogody. Potem pogoda. Mówią jak jest. Wkurwiam się, że mówią jak jest, a powinni mówić jak będzie. Po pogodzie reklama i znów dworek życzy udanej pogody. Wkurwiam się, że reklama sponsorująca pogodę jest dłuższa od pogody, która mi mówi jak jest. A jak jest to mogę sobie zobaczyć za oknem. Barany!
Rozciągam żel po paszczy. Nawet nie pomyślę, żeby spojrzeć sobie w oczy. Istnieją tylko policzki i broda. Żel się powoli rozpienia. Ciągam machem trzy po ryju. Skrzypiąca sierść potulnie zsuwa się do zlewu.
Płuczę zlew. Odstawiam golerządy na swoje miejsce w szafce. W radiu pani śpiewa o miłości.
Spoglądam na wodę w wannie. Nalało już jakieś jedna czwarta. Albo może jedna trzecia?
Przeciągam ręką w wodzie. Dobra! Znowu się cieszę - Wanda zostawiła dobrą temperaturę. Ściągam spodnie od piżamy i włażę do wanny. Przyklękam na jedno kolano. Woda mi sięga prawie do jaj. Biorę niebieskie mydło z lewej strony. Mydlę sobie jaja i tyłek. Opłukuję. Mydlę sobie wacka. Przyjemnie mi się robi. Wacek staje się Wacławem. Jeszcze mydlę. Suwam ręką w przód i w tył. Wacław staje się Wacławem Pierwszym Sztywnym. Opłukuję. Z mydła wyskakuje sztywniak. Zmieniam mydło na pomarańczowe z dozownika. Jakiś Złoty Jeleń do narządów czy przyrządów intymnych. Wanda to kupuje. Dozuję sobie to pomarańczowe na rękę i rozsmarowuję po wacku. Miło. Jeszcze bardziej rozsmarowuję. Jeszcze bardziej miło. Ufff... pociekło. Wkurwiam się, że teraz będę musiał spuszczać wodę. Nie będę przecież ganiał spermy po całej wannie!
Opłukuje wacka i całe tam okolice.
Pukanie do drzwi. Wanda! Trochę panikuję, bo wacek mi do końca nie opadł. Gwałtownie siadam w wodzie
- Proszę! - krzyczę zbyt głośno
Wanda wchodzi. Będzie się malować, bo kąpała się wcześniej. Krytycznie przygląda się swojej facjacie w lustrze. Przelotnie patrzy na mnie z góry.
- Nie rozumiem dlaczego nalewasz trochę wody i zawszą ją spuszczasz!
Puszczam bo puszczam. I tyle! Jej uwagę też puszczam mimo uszu słuchając Niemena. Donucam sobie "Pod papugami" i nacieram gąbkę mydłem. Białym - z prawej strony wanny. Myję resztę cielska, a potem głowę. Pooood papugaaaami... Fałsze mi z gęby lecą, ale się nie przejmuję.
Wyłażę. Wycieram cielsko. Już nie obkapuję. Przeciskam się za Wandą do przedpokoju bo w łazience już zaduch - puszcza lakier do włosów! W przedpokoju się docieram.
Wracam do sypialni. Z gołą dupą stoję przed szafką z gaciami. Wybieram takie luźne. Nie wiem z jakiego materiału, ale nie są elastyczne. Nogawki się zrobiły jakieś takie szerokie. Ubieram resztę mundurka.
Ubrany idę do kuchni. Kroję chleb i kiełbasę. Zjadam na stojąco. Zakładam płaszcz, mówię "pa kochanie" i wychodzę na swe błonia.
Oceniam ilość ludzi na przystanku i znów postanawiam zrezygnować z autobusu. Jeden przystanek przejdę się piechotą. W lewym ręku nieodłączny neseser. Prawa w głębokiej kieszeni płaszcza. Idę do tramwaju. Idę i przypomina mi się falliczny sen. Wacek! Jesteś? Ręką przez kieszeń płaszcza macam spodnie. Jest! Wciąż przez kieszeń przesuwam go trochę w prawo. Ociera mi się o udo i powoli mężnieje. Szast! Wysunął się z nogawki majtek. Tych nieelastycznych. Ręką, wciąż w kieszeni, przesuwam go jeszcze trochę tak, żebym idąc ocierał się spodniami o niego. Coraz przyjemniej. Namiotu w nogawce nie widać pod płaszczem. Przyjemnie. Dochodzę do przystanku tramwajowego. Czekam. Wacek powoli więdnie. Szkoda.
W tramwaju tłok jak w Japonii. Podobno Japończycy mają przyjemność ocierać się o współpasażerów. Ja nie mam takiej przyjemności. Marzę, żeby już wysiąść.
W końcu dojeżdżam. Wysiadam. Idę. Wychodzę za róg. Jest! Jest tam jak co dzień. WielkiBlueChuj - tak nazywam biurowiec, w którym pracuję. Wchodzę wejściem pracowniczym. Drzwi obrotowe. Na drzwiach napis "Drzwi nie działają w automacie. Pchać!" Wkurwiam się jak co dzień na ochronę, która napisała tak niegramatycznie. Wkurwiam się, że od miesiąca drzwi nie działają "w automacie"! Codziennie chcę powiedzieć ochroniarzom w źle skrojonych białych koszulach siedzącym w recepcji, że nie piszę się o drzwiach "w automacie", tylko "w budynku". Codziennie rezygnuję i w zamian mówię "dzień dobry".
Staję przed windami. Jest wcześnie. Oprócz mnie stoi tylko jedna osoba. O dziewiątej to dopiero się tu zakotłuje! Wkurwiam się na otwartą windę, a w niej stojak z napisem "w konserwacji". Kurwa! Codziennie jakaś winda "w konserwacji". Wsiadamy do windy nie w konserwacji. Ze mną jakiś babsztyl wchodzi. Zastanawiam się z jakiej firmy? Z wyższością wciskam numerek 25. Ona, wydaje mi się z niższością, wciska numerek 12. Wiadomo - czym wyższe piętra tym wyższy standard - tym wyższe stawki. Ona wysiada na dwunastym. Ja dojeżdżam na dwudzieste piąte. Wyciągam wszechwładną w korporacjach kartę magnetyczną. Już nie patrzę na nazwę firmy - WielkiWał. Mijam sekretariat - cześć. Mijam pokój prezesa. Nie cześć - wiadomo - zamknięte o tej porze. Mijam tak samo zamknięte pokoje wiceprezesów, potem księgowej. Potem zakręt. Mijam open space tych czubków z IT. Kompletne pojeby. Jeszcze jeden zakręt. Kible. Za nimi nasz opanspace. Naprzeciwko naszego openspace - kuchnia.
Czasami bywam pierwszy w biurze, czasami drugi. Dziś jestem trzeci. W sensie naszego tutaj grajdołka i kolejności do niego przybyć.
Mówię ogólne cześć. Wieszam płaszcz. Podchodzę do swojego komputera. Włączam. Odpowiada mi ciche odcześciowanie. Wiadomo - każdy korzysta bo rano można fejsa przejrzeć, o modzie poczytać i takie tam. Później, gdy się zapełni i każdy każdemu zagląda w monitor to się już nie da. Siadam. Komputer się uruchomił. Odpalam oczywiście fejsa. Siedzę w najgorszym miejscu. Na samym środku. Wszyscy widzą zawartość mojego monitora! No gorzej to ma chyba tylko Gabryśka. Ta co trzecie biurko dalej. Co to za imię "Gabryśka"??? Chyba jej rodzice nie kochali. Ona siedzi przy samym wejściu. Patrzą na nią trzy przywódczynie naszego stada ze swoich akwariów i patrzą w jej monitor wszyscy idący obok naszego spejsa - do kuchni. To jest dopiero przejebane! No i ma przejebane bo jest w moim wieku. Jesteśmy najstarsi na całym naszym spejsie. Wszystkie pozostałe są młodsze. Ze dwa razy młodsze!
Mam to w dupie. Przyzwyczaiłem się. Jedyny mężczyzna w księgowości. I to najstarszy. Można gorzej wpaść? Można! Jakbym nie miał pracy! Byłoby gorzej. Chyba. Ale mam. I to na dodatek w firmie WielkiWał. A tu płacą! Siedzę więc między babami. Słucham ich pitolenia, ale przynajmniej zarabiam. Zasadniczo Wanda by nie musiała nawet palcem kiwać. Ale chce. Niech kiwa!
Ja też kiwam. Póki spejs jeszcze się zapełnił. Ale się powoli zapełnia. Schodzą się. Sandry, Andżeliki, Patrycje i co tam dwadzieścia dwa lata temu było w imionach modne. Już trajlują! Wyłączam się i z żalem wyłączam fejsa. Odpalam SAP'a i Excela. Fu! Nie mogę dziś na te cyferki patrzyć. Przyszła moja przywódczyni. Nazywam ją Sekunda. Naprawdę ma na imię Agnieszka. I nie pozwala do siebie mówić per "Aga". Rozpłaszcza się w swoim akwarium przy oknie. Najlepsze miejsce bo może zerkać na świat. My nie możemy. Obok niej drugie akwarium i trzecie. Tam siedzą nasze prominentki - przywódczynie pod_stad. Ocho - Sekunda się podnosi. W ręku ma jakieś papiery. Chowam głowę za monitor i słyszę:
- Gabryśka! Zestawienie wuileśtam zrobione? Miało być na dzisiaj?! Czekam!
"Czekam" brzmi szczególnie soczyście. Dobrze, że nie do mnie!
Gabryśka się tłumaczy, ale słyszy, że przywódczyni stada zrobiłaby to w sekundę, ale nie ma czasu się takimi duperelami. W seansie - zajmować.
Cieszę się, że to nie do mnie się przypierdala. Niepotrzebnie. Bo właśnie do mnie podchodzi. I do mnie o swych sekundach pierdoli.
Nie słucham. Jestem ciałem. W duchu się staram z tego śmiać, ale jednak mnie dotyka. Staram się nie dać dotknąć głęboko. Staram się pogrubić skórę. Pierdoli i pierdoli. Odchodzi. Chcę jej pokazać faka, ale siedzę cicho. Do emerytury jeszcze "tylko" trzynaście lat!
Czas "herbatki". W kuchni coraz większy harmider. Siedzą tam, kurwy, i pierdolą o niczym. Śmieją się. A ja muszę tego wysłuchiwać bo w naszym openspejsie nie ma drzwi. Staram się, ale skupić się w żaden sposób nie da. Pocieszam się tylko, że Gabryśka ma bardziej przesrane, bo jeszcze bliżej wejścia i jeszcze bliżej tego gęsiego harmidru.
Zmuszam SAP'a do wysiłku. Obrabia mi raport. Wybieram co_którąś kolumnę, kopiuję i wklejam do okna Excela. Zestawienie dla Sekundy!
Znowu wraca. Znowu mi pierdoli nad uchem. Znowu ona by to w sekundę zrobiła. Staram się wyhodować łuski na skórze.
Wychodzę do kibla. Wyciągam telefon. Otwieram stronę z gołymi babkami. Patrzę im w cycki, patrzę im w cipy. Rzadziej w oczy. Chociaż z biegiem czasu chyba bardziej w oczy. Stałem się bardziej wybredny - he he he. Myślę sobie, że to niesprawiedliwe - jeżeli jakiś facet lubi pokazywać to już go okrzykną ekshibicjonistą. Kobiety nigdy nie okrzykną ekshibicjonistką. Bardziej seksbombą! Nigdy nie poznałem seksbomby. Nawet już nie marzę. Walę konia. Oddycham głośniej. Spuszczam dla niepoznaki wodę. Wracam do piekła.
O dwunastej obiad. Wszyscy, grupkami, zjeżdżają na pierwsze piętro do "stołówki". A raczej do wielkiej restauracji. Czego tam nie ma!
Grupki się dobierają po swojemu. Przywódczynie stada z akwariów z rzadka zaszczycają innych swoją obecnością w grupce. Częściej wybierają własne towarzystwo. Ja cyrkluję tak, żeby zjechać po największej fali. Chcę usiąść sam i zjeść w spokoju. Rzadko się to udaje, ale czasami... tak.
Już wróciła najgłośniejsza i najliczniejsza grupa - "pojebki". Rozglądam się po openspejsie. Chyba już czas. Na stołówce powinno się przerzedzić.
Wstaję. Nie rozglądam się na boki. Ruszam. Mijam kuchnię, i dalej - kible - pojebów z IT - księgowa - wicemarszałek jeden i drugi - sam wielki chuj - plastikowe sekretarki w miniówkach za marmurowym stołem - czytnik kart - piknięcie. Uff. Wylazłem z piekła - jestem przed windami.
Stoję i czekam. Ucieszony. Sam. Cisza. Winda pig-pąg! Przyjechała. Wsiadam. Naciskam przycisk z jedynką. Drzwi za chwilę się zamkną. I co?
Słyszę pośpieszne tupotanie obcasów po marmurze. Kurwa, może nie zdąży!?
Zdążyła! Wsiada.
No i co mogło być gorszego? Gabryśka! Dziś mnie prześladuje. Grzecznie się uśmiecham, że też na pierwsze piętro. Ona też wymuszenie się uśmiecha. Winda rusza. Cyferki na wyświetlaczu lecą. My obowiązkowo, jak przystało na windziarski savoir-vivre, nie patrzymy na siebie. Patrzymy gdzieś ponad nasze głowy.
Pąąąąg!!
Zatrzęsło się. Stanęliśmy. Normalnie stanęliśmy! Światło zamigotało i jakby przygasło. Ale się świeci. Mówię, że spokojnie, że zaraz na pewno ruszy. Ale nie rusza. Stoimy. Stoimy my. Stoi winda. Naciskam kilka razy jedynkę. Nic. Gabryśka naciska przycisk do otwierania drzwi. Nic.
Czytam "w przypadku awarii naciśnij ten przycisk dłużej niż 4 sekundy". Dla pewności naciskam czterdzieści i cztery sekundy. Najpierw raz, potem kolejne dwadzieścia razy. Czuję się jak w klatce. No bo w klatce! Mówię, żeby zadzwoniła. Nie wzięła telefonu, pizda jedna! Czy ja wziąłem??? Oczywiście, że nie! Przecież do stołówki zjeżdżałem, chyba to rozumie, osoba, no nie?! Puszczam jeszcze ze dwa cwane teksty. Pieni mi się pod kopułą. Chce mi się stąd wyrwać. Z trudem powstrzymuję krzyk. Chce mi się miotać po tej pierdolonej windzie! Z trudem powstrzymuję się, żeby nie walić łbem w te pierdolone, udające drewno ściany! Czuję jak serce mi wali.
Co? Co uspokój się?! Jestem, kurwa spokojny!!!
Chyba tu powietrza brakuje. Wyciągam głowę wyżej, chciałbym jeszcze wyżej. Ale się nie da! Łapię powietrze. Łykam je. Tak łykały karpie w dzieciństwie, gdy je widziałem w wannie. Zacząłem sobie przypominać te karpie - jak je karmiłem chlebem, a one nie chciały jeść. Tylko tak łykały i łykały... Gdzieś mi te myśli poszybowały. I ja jakbym poleciał. Przez chwilę poczułem się gdzieś indziej. Powietrze zaczęło mi wracać. Plamy jeszcze przed oczami, ale serce już tak nie napierdziela.
No pewnie, że się dobrze czuję! Co za głupie pytanie?!
Stoję wciąż z wyciągniętą szyją, ale serce mi trochę zwalnia. I oddech... zwalniał chyba. Oczywiście, oczywiście, że zaraz naprawią tę pierdoloną windę. Nie ma wyboru - postoimy tu sobie.
Staliśmy. Zacząłem widzieć wyraźniej. Nie patrzyłem na tę pierdołę pracową. Patrzyłem na ścianę. Ja się z pierdołami nie zadaję! Jeszcze mnie inne pizdy ze spejsa zaczną podejrzewać, że trzymam z pierdołą kompanijną?! W życiu!
Nogi mnie bolą. Spojrzałem na podłogę. W życiu nie siądę na ten brud!
Po jakiejś półgodzinie siedziałem i chwaliłem sobie. Siedzieć lepiej - nogi nie bolą. Wciąż na nią nie patrzyłem. W sensie tę Gabryśkę. Co za głupie imię - Gabryśka!
Aż spojrzałem. Co za durna kwiaciasta spódnica. I niemodna! Wyżej się nie przyglądałem. Nie ma głupich!
Siedzimy i milczymy. To znaczy ja siedzę, a ona stoi.
Zaczęła grzebać w torebce. Upadła jej jakaś chusteczka, czy cóś. Sfrunęła w sam róg windy. Pochyliła się i podjęła. Dupę na mnie wypięła. Kraciasta spódnica podjechała w górę. Aż tyłek się ukazał.
Co jest, do cholery?! W stringach, czy majtek nie ma?! Nie byłbym facetem, gdybym okazji do podejrzenia nie wykorzystał! E nie! Na pewno nie! Na pewno ma majtki! Kto by w dzisiejszych czasach chodził bez majtalsonów?! Jeszcze taka pierdoła kompanijna!?
Ziarno jednak zostało zasiane. No... spódnica nie całkiem taka brzydka. Rozkloszowana. Bardziej tak na Audrey Hepburn modłę. Lubię Audrey Hepburn! Jej film "Funny face" nie spotkał się ze szczególnie dobrym odbiorem, ale mi się podobał. Najbardziej jeden tam taki taniec. No i te "Rzymskie wakacje"! Cudo! Lubię Audrey Hepburn, ale nie lubię siedzieć jak pizda w windzie. Z drugą pizdą. A propos - ma majty, czy nie? A może nosi stringi?
Spojrzałem wyżej. Szeroki pas nad spódnicą. No, nie powiem - całkiem ładny. No i bluzka. Pasujące! Pokiwałem głową ni to w zamyśleniu, ni w zdziwieniu. Niczegowate to wszystko. Spojrzałem na cycki. Kurwa, duże... chyba! Spuściłem natychmiast wzrok, jakbym czuł, że ona słyszy co ja myślę. Ale spojrzałem jeszcze raz - duże chyba! Wkurwiam się na baby, co wypychają jakimś gównem te biustonowsze - nigdy nie wiadomo jakie te cycki właściwie są?! No właśnie. Jakie? Znów spojrzałem w górę.
Znów jej spadła chusteczka. Znów powoli ją podjęła. POWOLI! Kurde balans - podkręciłem w myśli wąsa. Goła dupa bez majtalsonów! Na pewno nie ma majtek! Na bank! Trochę byłem spłoszony, ale i zaciekawiony. Oddech mi przyspieszył. Poczułem obecność czegoś lekko twardszego w spodniach. Wyobraźnia poszybowała.
Słucham?
Czy mi nie będzie przeszkadzało???
Ależ kucaj sobie kochana ile tylko chcesz!
Ona nie siądzie, bo się cała wybrudzi, więc sobie przykucnie.
Ja to już miałem w nosie - czy się wybrudzę czy nie!
Nie miałem natomiast w nosie spoglądania jej pomiędzy nogi! Czy szybko ją owe nogi zabolały, czy co... ale kolana jej się trochę rozjechały! Widziałem dokładnie jej owłosiony trójkąt i wargi sromowe zwisające nad podłogą! Ho ho!
Co za fantastyczne przedstawienie! Jaki fart! Uwielbiam windy! Nie wiedziałem, że uwielbiam windy!
Ale chyba bardziej ode mnie windy uwielbiał wacek! Postanowił rozerwać mi spodnie. Zacząłem się niezgrabnie poprawiać. Na co odpowiedzią było silne rozszerzenie gabrysinych kolan. Na obie strony szeeeroookoo, że uch! Pipa wyjechała cała na światło dzienne. Przełknąłem. Chciałem drugi raz... przełknąć, ale nie zdążyłem bo mi dech...
Gabrysina ręka zaczęła delikatnie gładzić swoje uda. Ona gładziła, a ja się poprawiałem.
Zapomniałem o przełykaniu. Nie mogłem usiedzieć w tej niewygodnej pozycji, ale za nic bym nie wstał! Co ja bym zobaczył z góry? Nic! Chyba dostałem wypieków, bo poczułem gorąco na twarzy. Jeszcze goręcej mi się zrobiło, gdy pośliniła swój palec i dotknęła swojej kobiecości. Najpierw suwała palcem po wargach (no! tych na dole!), a potem zaczęła kółkować palcem na łechtaczce.
Usłyszałem, że coś tam u niej zaczyna cicho chlupotać.
Kurde! Jak mnie to brało!
Chyba zacząłem drżeć. Chciałem wstać, ale powstrzymała mnie gestem ręki. Zatrzymałem się w niewygodnym pół drogi. Za to ona wstała i obróciła się do mnie tyłem. Zadarła spódnicę aż na plecy. Stanęła w rozkroku i opierając się rękami o lustro windy, pochyliła głęboko. Wypięła do mnie swój zadek i obrośniętą wilgotną pipę. Poczułem jej zapach. Zakotłowało mi się w głowie. Nie wytrzymam! Myślałem, że się spompuję w spodnie. Poderwałem cielsko rozpinając w pośpiechu rozporek. Wacek wyskoczył jakby był spóźniony na pociąg. Polizałem dwa kciuki. Włożyłem kciuki na raz w jej wypiętą cipkę i rozłożyłem jak piękny kwiat. Widok, jak kwiat - piękny! Może bym i popodziwiał, ale wacek się spieszył. Jak pociąg do tunelu! Wjechałem! Uff... Zagłębiłem się aż po same... uszy! Przysięgam! Tak to czułem. Chciałem smakować tę chwilę. Smakować, żeby na długo starczyło. Ja chciałem, ale wacek był potrzebowski! Walił jak oszalały. Mi tylko jaja skakały. I co? I długo nie trzeba było czekać! Poczułem jakbym był działem. Albo nie! Jakbym był pompą pulsacyjną w wodociągach! Strzelało! Leciało i leciało... Bałem się spojrzeć na Gabrysię. Słyszałem tylko jej ciche westchnienia i szybki oddech. Dyszała! Sam nie wiedziałem, czy była, czy nie, ale wstydziłem się zapytać. Wstydziłem się na nią spojrzeć, a co dopiero zapytać. Co za durne uczucie - wstyd przy rozłożonych nogach i wypiętej dupie? Nie miałem czasu nad zastanawianiem się nad tą dwoistością mego bytu bo nie wstydziłem się patrzeć na jej wypięty tyłek. Było na co! Rozłożyste biodra. Cipka dookoła zrobiła się mokra daleko. Sam nie wiem co jej ściekało po udach - kobiecość, czy moja sperma. Chyba jakoś tak na raz... Powoli zaczęła się prostować. Wyjęła z torebki tę szczęśliwą chusteczkę i mi podała do tyłu.
Co? Mam ją poobcierać???
Nigdy nie dbałem o babską pipę! Po wszystkim po prostu zasypiałem i tyle!
A tu... no dobra! Niech będzie.
Wziąłem od niej tę pieprzoną chusteczkę. Przyklęknąłem. Obtarłem wnętrza jej ud. Zacząłem obcierać bokami jej mokrą cipkę. Westchnęła. Obtarłem. Znów westchnęła. Kucałem za nią ze spodniami na kostkach i jajami tuż nad podłogą, a ona mi tu dyszy! Tak przez przypadek palec mi się w nią wsunął. Normalnie dyszy! Drugi śmielej mi wszedł, a potem i trzeci. Zaczęła kołysać biodrami. Kołysze. Jeszcze bardziej się wypięła. Ona mi się tu wypina, a ja nie za bardzo mam się gdzie się cofnąć. Musiałem z niej rękę wyjąć, żeby się nie przewalić.
Przyszpilony damską dupą do ściany! Pipa mi w nos! Co było robić?! Liznąłem. Poczułem lekko kwaśny smak cipki. Westchnęła. Śmielej liznąłem. Westchnęła. Lizałem. Lizałem, a mój jęzor zahaczał o wszystkie babskopiczne fałdki jakie były do zahaczenia. Chyba się podobało bo teraz ona zaczęła się trząść. Jęczała. Jechała jakby prosiła o więcej. W końcu jakoś tak się spięła, cipka jej zafalowała... i odetchnęła głębiej. Uznałem, że to chyba już... Nigdy z babami nie wiedziałem. Za mało doświadczenia! Ale cieszyłem się, że chyba to koniec bo język już mnie bolał. No i całą gębę miałem umazaną!
Znowu podała mi chusteczkę. Obtarłem się pospiesznie. Oj pospiesznie! Oj bardzo pospiesznie! Winda się zatrzęsła!
Gabrysia miała łatwo, bo jedynie spódnicę opuściła. Ja mocowałem się z nieposłusznym paskiem i mało małego suwakiem nie przyciąłem! Poprawiała szybko fryzurę przy lustrze, a ja kicałem jak pajac zapinając spodnie. Winda ruszyła i zaraz się zatrzymała. Pąg! Drzwi rozsuwają. Za nimi ekipa. Robole w kombinezonach. Nie zwracałem uwagi na ich wyjaśnienia. Nie wiedziałem na którym piętrze jestem. Patrzyłem tylko na Gabryśkę. Ale wyładniała! Kurwa! Gdzie ja oczy miałem?! Koniec walenia konia po kiblach! Już sobie układałem... bo przecież jest przestronny kibel dla niepełnosprawnych! Tam jest w cholerę miejsca i zawsze czyściutko. Tam się będziemy stukać! Och stukać! Jak chomiki...

1114
8
Widzisz jakiś problem, błąd? Zgłoś!